O wyzwaniach biznesu cukierniczego w pandemii

Słodki Muffin to historia Uli Stępniak. Historia o tym, jak potrzeba chwili może odmienić życie i sprawić, że pracownica korporacji osiąga finansową wolność, staje się szczęśliwą bizneswoman, ogarniając przy okazji sprawy rodzinne. A teraz inwestuje i zarabia na edukacji, by wprowadzić w biznes młodych ludzi. Brzmi jak bajka? Niekoniecznie.

Potrzeba początkiem wszystkiego

Słodki Muffin właśnie obchodzi swoje dziesięciolecie. Powstał z potrzeby chwili. Ula Stępniak pracowała w pewnej korporacji. 12-14 godzin na dobę. Z tej rutyny wyrwała ją choroba syna – bezobjawowe zapalenie płuc, przez które wylądował w szpitalu na prawie miesiąc. Po chorobie stracił apetyt. Nie jadł prawie nic, żadnych warzyw, nawet owoców. – Pediatra zasugerował mi, żebym przemycała te warzywa i owoce w postaci babeczek. I zaczęło się od robienia babeczek w domu, kiedy jeszcze próbowałam pogodzić opiekę nad synem z pracą w korpo. Piekłam zwykle 12 sztuk, z czego w domu zjadaliśmy 4-5 a resztę zanosiłam do pracy. Koledzy i koleżanki bardzo często powtarzali, że wychodzi mi to tak dobrze, że powinnam zacząć robić to zawodowo. Kilka miesięcy później rzuciłam pracę, ale nadal nie myślałam o babeczkach jako sposobie na życie. Dopiero po czasie, gdy postanowiłam, że będę pracować na swoim, wróciłam do tematu – mówi Ula Stępniak.

Muffiny wychodziły jej fenomenalnie

Stąd nazwa nowego, pierwszego biznesu Słodki Muffin, która staje się marką. W ciągu jednej nocy powstał pomysł na firmę, strona internetowa, którą postawił kolega. No i się zaczęło. W rodzinie Uli nie było tradycji działalności gospodarczej. Ojciec był nauczycielem, mama urzędniczką, oboje na państwowych posadach. Choć wspierali to z przerażeniem patrzyli na jej pomysł. Tym bardziej, że praca w korporacji dawała jej wysoką pensję z bonusami. – Rodzice zrozumieli, że koszt uzyskania tej pensji i bonusów jest zbyt duży. Brakowało mi czasu na wakacje i wytchnienie przy pełnym luzie i bez myśli o pracy. Mąż w tym czasie nie zarabiał aż tyle, by dać mi pełen komfort rozkręcenia biznesu i utrzymać naszą rodzinę. Mimo to podjęłam decyzję, gdy tylko wyszliśmy na prostą ze zdrowiem syna. Zdecydował fakt, że bardzo mocno uwierały mi zwyczaje w korpo niezgodne z moimi wartościami – mówi Ula.

Decyzję ułatwiło jej pewne polecenie

Prezes postanowił „wypróbować” jej lojalność wobec pracodawcy nakazując zwolnienie osoby, która była samotną matką, na dodatek w bardzo dobrych relacjach z Ulą. Jako przełożona miała sama wymyślić pretekst do zwolnienia. Nie wahała się wówczas ani minuty. Sama podjęła decyzję o odejściu, by nikt więcej nie stawiał jej w sytuacji konfliktu między moim sumieniem, a „testami” szefa. – Generalnie jestem osobą bezkompromisową. Często podejmuję decyzje spontanicznie, w szybkim tempie, bazując na własnej intuicji. Dopiero po czasie wyciągam wnioski o konsekwencjach i tak wtedy było – wspomina.

Długie wakacje pełne przemyśleń

Decyzja została podjęta miesiąc po powrocie z urlopu. Po raz pierwszy od 3 lat po naprawdę długich wakacjach z całą rodziną. – W ich trakcie siedziałam cały czas pod telefonem z laptopem na kolanach, odpowiadając na maile z leżaka nad basenem. To nie były wakacje. Sytuacja z podwładną była kroplą, która przechyliła czarę goryczy. Nie zastanawiałam się ani minuty. Rzuciłam papierami, powiedziałam, że zwalniać nie będę, sami niech zwalniają. A ta dziewczyna przepracowała jeszcze tam ponad rok – mówi Ula.

Początki nie były łatwe

Początki Słodkiego Muffina to był 2011 r., gdy gospodarka powoli wychodziła na prostą po kryzysie finansowym, a później zadłużeniowym. Początki nie były łatwe. Firma Uli była 3. w Warszawie, która wpadła na taki pomysł. Ale były też tego plusy. Jedna z konkurencyjnych firm polecała Ulę, kiedy sama nie wyrabiała się z pracą. I minusy. Druga zwykle wysyłała pogróżki. Na początku informacja o produktach i firmie szła pocztą pantoflową, wśród znajomych. Pomagał Facebook, kolejnym lewarem był Grupon. To się sprawdzało na początku, bo sporo osób z miejsca dowiedziało się o Słodkim Muffinie. Z czasem było trudniej. Odsetek powracających klientów nie był satysfakcjonujący, bo produkt od początku mierzył wysoko, więc cena regularna musiała być na poziomie premium. – Nie przejmowałam się tym, bo już wtedy widziałam duży potencjał w klientach firmowych. Próbowałam do nich trafić organicznie: dzwoniłam, pisałam, wysyłałam paczki z moimi wypiekami i ich logo na nich. Odwiedzałam biura z pudełkami ciastek i wypytywałam o eventy, na które by potrzebowali moich produktów. To była praca u podstaw. – wspomina Ula.

Ula Stępniak / Słodki Muffin
Dekadę później…

Po 10 latach Ula ma wyrobioną markę i grono stałych wiernych klientów. Pandemia zmieniła jednak w modelu biznesowym bardzo wiele. Pomógł w tym trochę zbieg okoliczności, tuż przed epidemią. Po podwyżce czynszu, w grudniu 2019 pracownia cukiernicza przeniosła się z dobrego punktu na Woli do podwarszawskiej miejscowości, gdzie z dużo niższymi kosztami stałymi była w stanie z powodzeniem obsłużyć firmy stanowiące 75-80 proc. zamówień. – Chciałam zamknąć obsługę klientów indywidualnych. Jednak w marcu i kwietniu 2020 wszystkie firmowe zamówienia zostały anulowane. Musiałam wrócić do klientów indywidualnych. Pokłonić się i przeprosić za wcześniejsze odmowy – wspomina Ula Stępniak.

Wówczas firma, po raz pierwszy od dawna, generowała straty. I znów potrzeba chwili zrodziła nowy pomysł na biznes 2.0, oczywiście związany z pierwotnym. W 7 tygodni twardego lockdownu Ula napisała kolejnego e-booka. To był strzał w dziesiątkę. Kiedy wszystko trwało w zastoju i wiele osób źle znosiło sytuację zawieszenia, niepewności, ja dałam im pomysł na biznes. Zrobiłam coś, co wiedziałam, że także mi będzie przynosić dodatkowe dochody. To był już trzeci e-book, a jego premiera zbiegła się poluzowaniem obostrzeń w gospodarce. Nowy pomysł na biznes brzmiał: nie tylko babeczki, ale przede wszystkim nauka i szkolenia, jak robić słodki biznes z sensem i zyskiem.

E-booku Uli

Już pierwsze e-booki, które powstawały od 2019 r. i mówiły o tym, jak pozyskiwać klientów krok po kroku, poradzić sobie z sanepidem, czy zarabiać na swojej pracy, cieszyły się powodzeniem. Ten trzeci przebił wszystkie. Choć miał cenę trzykrotnie wyższą od rynkowej sprzedawał się świetnie. – Zawarłam w nim szczerą, konkretną receptę na biznes. Jak na tacy podałam wiedzę z mojego wieloletniego doświadczenia. Na rynku nie było nikogo, kto miałby takie doświadczenie i jeszcze chciałby się nim podzielić, bo w tej branży to była ściśle strzeżona tajemnica. Dlaczego ja z tym wyszłam na rynek? Bo miałam misję i wizję, że będę tą, która ułatwi start innym kobietom! I nie tylko kobietom – każdy może zostać cukiernikiem! Pokazałam, które rafy omijać i gdzie nie inwestować, bo to błąd – mówi.

Teraz przyszedł czas, by zwiększyć grono odbiorców

Ula w tym roku chce dotrzeć z edukacją do młodych ludzi, tych na progu swojej przygody z dorosłością. Tych, którym po drodze z zawodem cukiernika i myślą o czymś więcej niż pracy na etacie. – Kilka miesięcy temu dowiedziałam się, że w szkołach branżowych, technicznych o profilu cukierniczym, brakuje uczniów. Te kierunki cieszą się bardzo małym zainteresowaniem, co mnie bardzo zdziwiło. Wpadłam na pomysł, żeby uświadomić młodzieży na czym polega ta praca, co się robi na co dzień, czym się zajmuje. Można mieć swój całkiem fajny biznes, zarabiać fajne pieniądze, tylko trzeba po prostu wiedzieć jak i co robić. Chcę pokazać młodym ludziom jak po kilku latach przygotowania w szkole średniej założyć swój biznes – tłumaczy Ula.

Zawód cukiernika

Jej zdaniem zawód cukiernika jest bardzo kreatywny, techniczny i daje satysfakcję. Trzeba tylko wiedzieć, jak zacząć i uniknąć błędów, które popełnili już inni. I przede wszystkim ten biznes skalkulować. – Wiele osób o różnych zdolnościach może odnaleźć się w słodkim biznesie. Popyt jest. Trzeba tylko wiedzieć i odpowiednio zadbać o wszystkie elementy, które o sukcesie decydują. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy skreśleni już na starcie. Nikt nie jest doskonały i nie należy się tym przejmować. Zawsze możemy znaleźć kogoś, kto dopełni nasze umiejętności. Ja na przykład nie odnajduję się w robieniu figurek. Dlatego współpracuję z osobami, którym to wychodzi świetnie. I dzięki temu mam wielu klientów w osobach młodych smakoszy, którzy uwielbiają superbohaterów w z bajek i chcą mieć takiego na swoim urodzinowym torcie – opowiada Ula.